Blog > Komentarze do wpisu
"Gwiezdne Wrota"- 14 lat później.
Święta sprzyjają rodzinnej atmosferze, a także szeroko rozumianej zadumie i melancholii. Na swój sposób rozumiem to tak: biorę wszystkie klasyczne filmy dzieciństwa, wczesnego dzieciństwa i jeszcze wcześniejszego dzieciństwa i spośród nich wybieram ten, do którego nawiązaniami będę terroryzował rodzinę najdłużej podczas wielkanocnych świąt. W tym roku padło na „Gwiezdne Wrota” Rolanda Emmericha i tenże obraz uświadomił mi, że całe swe życie od momentu obejrzenia tego filmu szukałem czegoś podobnego: zabawnego i zręcznego mixu science fiction z nawiązaniami do mitologii egipskiej. Co udało się jednak „Mumii” nie powiodło się w przypadku „Immortal”, które to sprawdziło się wyłącznie jako idealny usypiacz…

Plakat

Pisałem już o wybitnie osobistym tonie wpisów w tym dziale więc możemy darować sobie wstęp a szybciutko przejść do rzeczy. Pewnie wielu z nas pamięta jeszcze czasy przed Internetem. Zabawnie się dziś je wspomina, bo przecież dostęp do wieści o najnowszych produkcjach był wtedy mocno ograniczony, a bywało nawet tak, że by dostąpić zaszczytu zobaczenia krótkich urywków  hitu kinowego trzeba było czekać cały tydzień na telewizyjny program, jak choćby „Filmidło”. Otóż i ja po latach prawdziwego filmowego obżarstwa znalazłszy się na zapadłej wiosce we wschodniej Polsce, gdzie powiedzenie komuś o kinie wywoływało czasem pytanie: ”To zespół z „Disco Relax czy Disco Polo Live”?”; łaknąłem cotygodniowych wieści o nowościach filmowych. I właśnie jedno z takich obrazów, które ujrzałem w dzieciństwie pochodziło z filmu „Gwiezdne Wrota”. Z przyczyn oczywistych wraz z ówczesnymi kinowymi zapaleńcami najlepszą naszym zdaniem scenę ze „Stargate” nazywaliśmy wtedy: „Składakiem”.

Kurt w wersji żałobnej.

Kurt w wersji żałobnej.

Sam film dotarł do mnie kilka lat później dzięki szczodrobliwości ukochanej Telewizji Polskiej. I cóż mam powiedzieć: było to dla mnie niemałe przeżycie. Bo po pierwsze wspomnienia wiążące się z tym filmem były mocne, po drugie zaś jak na owe czasy obraz Rolanda Emmericha był czymś wielkim jeśli chodzi o kino rozrywkowe, a więc jedyne co nas wtedy interesowało. Zresztą niemiecki wesołek uszczęśliwił mnie wcześniej, choć nieświadom byłem tego, innym wielkim filmem z gatunku SF: pojedynkiem dwóch „bojowych przygłupów” jak pieszczotliwie zwykłem określać tą dwójkę zacnych aktorów: JCVD i Dolpha Lundgrena, a mianowicie „Uniwersalnym żołnierzem”. Emmerich zresztą to postać ciekawa. Można by go nazwać prawie-Spielbergiem gdyby nie to, że wielki Steven jednak od czasu do czasu potrafi o sobie przypomnieć całkiem niezłym filmem z zupełnie innej niż zwykle półki (każdy może mieć w tym momencie inne typy, ja napiszę „Monachium”, „Imperium Słońca”). Kino Emmericha jest z pozoru przykładem zwykłej, bezpretensjonalnej naparzanki, w której za zmienne podstawiamy różne postacie z uniwersum SF. Czasem wychodzi to Niemcowi z lepszym skutkiem czasem z gorszym…

A może by tak śniadanie do łóżka?

A może by tak śniadanie do łóżka?

Po ponownym obejrzeniu „Gwiezdnych Wrót” muszę stwierdzić, że jeśli chodzi o ten film wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z tryumfem Emmericha w starciu krytyk/widz vs twórca. Fabuła owszem nie powala na kolana: podczas wykopalisk w Egipcie w 1928 roku Amerykanie znajdują tajemniczy obiekt. Zostaje on przetransportowany do laboratorium militarnego gdzie przez około 60 lat tęgie wojskowe głowy kombinują co by tu z ustrojstwem zrobić i jak je wykorzystać. Z pomocą przychodzi im genialny naukowiec Daniel (James Spader), znawca wszelkich kultur starożytnych, który propaguje post- Danikenowe teoryje powodujące w słuchaczach szybką chęć na zjedzenie wafelka tudzież wizytę w toalecie. Geniusz to niemały przy którym Einstein to pikuś, bo nie dość, że łamie starożytny kod w 5 minut to jeszcze do odkrycia ostatecznej tajemnicy wystarczy mu kawałek gazety. Mamy także zbolałego na duszy wojskowego, który niedawno stracił syna po przypadkowym postrzale przy zabawie z bronią. Po otwarciu Gwiezdnych Wrót decyduje się on zabrać doktorka i małą ekipę na ekspedycję po drugiej stronie. Tam nasi herosi natykają się na wioskę ciemiężoną przez władcę okolicy, który posiadł różnorakie moce i obwołał się bogiem na Ziemi.

Minister Zdrowia ostrzega: Kurt Russell szkodzi zdrowiu!

Minister Zdrowia ostrzega: znajomość z Kurtem Russellem szkodzi zdrowiu!

Nic więc nowego, same schematy. Naukowiec jest wyjątkowo roztargniony, kiedy władca biednej wioski postanawia dać mu za żonę najbardziej urodziwą w okolicy dziewczynę niewdzięcznik nie chce skorzystać w pełni z miejscowej gościnności. Wojskowy zaś cały czas boleje nad stratą chłopca, wkrótce też okazuje się dlaczego tak łatwo zdecydował się przyjąć ofertę przywrócenia go do służby wojskowej. Sprytny widz domyśli się tego dużo wcześniej. I Spader i Russell, dwaj kultowi aktorzy amerykańscy świetnie nadają się do swych ról. Wbrew temu co powiedziałby mój szanowny współblogowicz Spader to aktor dość ciekawy, owszem o nieco ograniczonych zdolnościach aktorskich, ale iluż mieliśmy świetnych odtwórców potrafiących zagrać na jednej minie, hę? A jednak śmiem twierdzić, że Spader w kilku ciekawych produkcjach zagrał nieźle („Sekretarka”; „Seks, kłamstwa i kasety video”; „Wilk”; ”Crash”). Kurt jak to Kurt, kiedy trzeba pocierpieć to cierpi za miliony i od siebie także stówkę dorzuci, kiedy trzeba dobyć miecza także nie ma oporów przed szlachtowaniem niecników. A i sympatyczny przy tym jest niewątpliwie.

Krzewienie amerykańskich wartości.

Krzewienie idei demokracji to rzecz ciężka...

Oczywiście tak jak w przypadku innego dzieła Emmericha „Dnia Niepodległości” mogliśmy obejrzeć zabawną parodię w filmie Tima Burtona „Marsjanie atakują”, tak i tutaj powinna się pojawić jakaś kontrofensywa prześmiewców. Kilka dobrych scenek by się znalazło np. Kurt wraz z żołnierzami wchodzi w „wodnistą” przestrzeń tworzącą się w Gwiezdnych Wrotach, Spader zaś jak w oryginale staje przed tym i jak to naukowiec bada to dokładnie, maca, opukuje młoteczkiem itd. Oczywiście z drugiej strony pojawia się głowa Kurta i nagle wciąga on kunktatora na drugą stronę. Wiem: proste i oczywiste, ale jednak… Co do humoru to jednak śmiem twierdzić, że film Emmericha ratują właśnie dobrej jakości żarty, które opierają się głównie, na starciu patosu choćby z tak prozaiczną kwestią jak katar- to akurat mój ulubiony dowcip w filmie. Nie raz, nie dwa i nie dziesięć- zapożyczając słynne słowa śp. Zdzisława Ambroziaka, podczas tego filmu śmialiśmy się towarzyszami seansu i inaczej niż w przypadku „Dnia Niepodległości” przyczyną tego nie była nieudolność, a raczej talent jego twórców. Emmerich chyba pojął, że nie sposób robić filmów na jednym, dość smętnym tonie albo też dostał w szatni burę od Kurta Russella…

Ołówek nie wytrzymał presji.

Ołówek wyraźnie nie wytrzymuje napięcia.


Koniec końców trzeba jednak powiedzieć, że „Gwiezdne Wrota” to typowy przykład inwazyjnego science fiction, które jednak jak każdy film w swoim gatunku posiada kilka zalet. Dochodzą do tego jeszcze nie tak strasznie głupawy scenariusz, niezła gra aktorska, całkiem ładne Danie… ekhm… Całkiem ładna aktorka, szerzej jednak nieznana (dlatego też warto wspomnieć jej personalia: Mili Avital) i wspomniany wcześniej niezłych lotów humor. Czegóż chcieć więcej? Amerykańce jak to Amerykańce krzewią ideały demokracji nawet po drugiej stronie Wszechświata. My, Naród także mamy niemałe powody do dumy. W ekspedycji biorącej udział w przedsięwzięciu znalazł się także człek o dziwnie znajomo brzmiącym nazwisku: Kawalsky. A to już prawie jak Kowalski, także przy bigosie czy też pierogach spokojnie można spędzić dwie godziny z filmem Emmericha bez moralnego kaca spowodowanego późniejszym poszukiwaniem straconego czasu. A w najgorszym wypadku wytłumaczymy się przed znajomymi chęcią wspierania prawie-rodaków…

Po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę, hę?

Po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę, hę?

poniedziałek, 13 kwietnia 2009, rudestus0700

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:

Statystyki www