Widz normalny wychodzi. Widz kultowy zostaje!
Blog > Komentarze do wpisu
Jak zrobić coś z niczego- krótka instrukcja Vincenzo Natali
Twórca, którego pierwszy obraz stał się od razu pewnym wyznacznikiem jakości, w tym wypadku oznaczającym status „filmu kultowego” ma zasadniczo dwa wyjścia. Może na fali sukcesu debiutu próbować dostać się wyżej i kręcić filmy za większe pieniądze lub też pozostać przy tym co robił do tej pory. Twórców należących do pierwszej kategorii jest sporo, niewielu zaś tych, którzy oparli się pokusie tworzenia obrazów dla mas, co naturalnie niekoniecznie oznaczać musi tworzenie obrazów słabych. Co by nie mówić jedno jest pewne: Vincenzo Natali jak dotąd zdecydowanie opowiada się za drugim rozwiązaniem.

Plakat

Status Macgyvera przemysłu filmowego przypadł Nataliemu oczywiście po nakręceniu swego drugiego filmu, słynnego thrillera „Cube”. Przy pomocy zaledwie pół miliona dolarów, siódemki naprawdę marnych aktorów i zapewne sterty styropianu i dykty udało się stworzyć rewelacyjny, klimatyczny horror, który spodobał się milionom kinomanów na całym świecie. Możecie spytać kogo chcecie: jeśli jakaś osoba interesuje się filmem z pewnością zna „Cube”. Film ten oczywiście dostał się w ręce różnej maści „artystów”  starających się wydobyć istniejące ponoć w tym obrazie drugie dno, a inaczej rzecz ujmując  postarać się zepsuć odbiór „Cube” wielu ludziom, którzy jeszcze nie mieli możliwości obcowania z nim. Bo rzeczywiście jeśli przeczyta się większość tych intelektualnych wywodów na temat filmu Nataliego można się trochę rozczarować po seansie. Tymczasem „Cube” to tylko lub aż znakomity thriller, który ma to wszystko czego od dobrych filmów oczekujemy: prostą, lecz wciągającą fabułę i przede wszystkim klimat. Nie przeszkadza nawet to, że przecież pomysł nie jest nowy: w 1969 roku Jim Henson nakręcił film „Cube”, który jak się wydaje jest bezpośrednim pierwowzorem obrazu Nataliego…

Dwóch świrów i... Nic.

Dwóch świrów i... Nic.

O dziwo jednak po „Cube” o Natalim ucichło. Dopiero niedawno, po raz kolejny zresztą, oglądając „Kostkę” w szerszym gronie przypomniałem sobie o tym utalentowanym twórcy i obejrzałem dwa jego inne fabularne filmy. To co dziwi to przede wszystkim lekko zarysowany już przeze mnie fakt: sukces  nie spowodował zbyt wielkiej różnicy pomiędzy „Cube”, a następnymi produkcjami Natali'ego. Reżyser nadal porusza się w obrębie tej samej estetyki co w swych pierwszych dwóch obrazach(prócz „Cube” także „Elevated” z 1997 roku). „Cyphera” z 2002 roku można łatwo przyporządkować do modnego jeszcze niedawno nurtu cyberpunku. Film ten nie przypomina jednak żadnych wcześniejszych produkcji tego gatunku, podobnie jak najsłynniejszy film Natali'ego jest oszczędny- tak jeśli chodzi o fabułę jak i środki wyrazu. Aktorzy, choć znani, także nie należą do żadnej czołówki (Jeremy Northam i Lucy Liu).  Jeszcze mniej znany jest obraz, o którym parę słów chciałbym napisać: reklamowane jako surrealistyczna komedia „Nothing” z 2003 roku.

Mocny rywal dla rudery w Fight Clubie.

Jak dla mnie: mocny rywal dla rudery w Fight Clubie...

Ponieważ jednak większość krótkich streszczeń fabuły tegoż obrazu, które znajdziecie w Internecie próbuje w wyraźny sposób umieścić już ten film w pewnym nurcie trzeba na początku opowiedzieć nieco tak jednak by nie wyjawić istotnych szczegółów. Bohaterów tej opowieści: dwóch przyjaciół Dave’a i Andrew, mieszkających w dość ekscentrycznie wyglądającym, a może przede wszystkim umiejscowionym budynku, poznajemy w dość przykrym dla nich dniu.  Andrew, który jest człowiekiem tak nieśmiałym, że boi się nawet wyjść z domu i wynieść śmieci dowiaduje się, że jego najlepszy kolega akurat wyprowadza się z domu do swej dziewczyny. To tylko początek kłopotów, na które złożą się oskarżenia o defraudacją 27 tysięcy 369 dolarów i 27 centów, oskarżenie o pedofilię, zdrada owej dziewczyny itp.  Kiedy na końcu pojawia się ekipa remontowa z nakazem rozbiórki rudery, w której mieszkają, naszym dzielnym herosom przychodzi na myśl tylko ukrycie się w chałupie i przeczekanie najgorszego. Niespodziewane chwilę później wszystko znika, łącznie z policją, która przed chwilą jeszcze była pod domem. Sama rudera stoi zaś pośrodku rozświetlonej na biało przestrzeni…

Samotni kowboje nicości...

Samotni kowboje nicości.

Jak to dobrze, że streszczając fabułę obrazu nie narażamy się na zarzut opowiedzenia potencjalnemu czytelnikowi filmu, a raczej zaostrzamy jego apetyt.. „Nothing” należy do kategorii komedii przy których raczej się uśmiechamy niż pokładamy ze śmiechu, choć w kilku miejscach i ku temu znajdą się powody. To co najlepsze w tym obrazie to niewątpliwie pomysł: surrealistyczny, odjechany,  a przy tym wyjątkowo prosty i na pierwszy rzut oka zupełnie niesatysfakcjonujący. Dwóch facetów i „Nic”? Owszem nie brzmi zachęcająco, ale od tego są właśnie blogi filmowe by służyć jako latarnia morska i rozświetlać drogę rozbitkom. Jako owa latarnia morska mówię: „Ludzie, oglądać!”. No dobrze zdradzę tylko tyle, że bohaterowie postawieni w nowej sytuacji poddadzą w wątpliwość swoją dotychczasową relację co doprowadzi do epickiej bitwy w... Dobra, dobra- na tym koniec.

Na spotkanie z przygodą...

Na spotkanie z przygodą!

Można oczywiście zarzucić Nataliemu powtarzanie się przez doszukanie się w „Nothing” podobnego motywu jak w „Cube”. Zamykamy bohaterów w dziwacznym  miejscu, które rządzi się własnymi prawami, a następnie patrzymy jak zastanawiają się nad tym kto lub co ich tam umieściło i z jakich powodów. W przeciwieństwie jednak do „Cube” w „Nothing” nikt nie zastanawia się jak wydostać się z tej pułapki, a raczej jakie możliwości daje obecność w niej. Jak się przekonamy wcale niemałe. Sam koncept wydaje mi się płodniejszy intelektualnie niż ten , który jest zarysowany w „Cube” (subiektywizm? skrajny indywidualizm?) jednak niska popularność tego obrazu sprawić musiała to, iż mała ilość „egzegetów” połasiła się na interpretację tego filmu. Co zresztą bardzo cieszy. Im mniej ludzi trafi na jakąś uczoną dysputę nad „Nothing” tym większe prawdopodobieństwo tego, iż film się spodoba.

Oto ideał platońskiej Akademii!

Oto ideał platońskiej Akademii!

Na samym końcu przyszła pora na ostrzeżenie. „Nothing” to niewątpliwie film nie dla każdego. Z pewnością nie należy się kierować gatunkiem filmowym do jakiego film Natali’ego przynależy. Owszem jest to komedia jednak mocno wykręcona, faktycznie surrealistyczna w podobnym duchu jak chociażby „Być jak John Malkovich”. Obraz ten ma jednak potencjał ze względu na całkiem sprawne dialogi,  dziwaczny klimat jak zwykle u Natali’ego, a także prosty acz bardzo dobry pomysł na fabułę. Oryginalność to cnota, którą należy ze wszelkich sił wspierać dlatego też polecam  ten obraz wszystkim, którzy chcą od filmu czegoś zupełnie innego. I oby Natali nam nie zginął gdzieś w mainstreamie nadal pocieszając nas takimi filmikami.

czwartek, 09 kwietnia 2009, rudestus0700

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Intronaut, 89.25.186.10*
2009/04/14 09:54:34
jak dla mnie nothing to wywrócone do góry nogami cube.

Statystyki www