Blog > Komentarze do wpisu
"Primer"- prawdopodobnie najgorszy film na lato.
Lato, lato, lato- czas błogiego odpoczynku i lenistwa, ale nie dla nas, nie dla nas. Jako, że jesteśmy złośliwi i natrętni chcielibyśmy zmusić drogiego czytelnika do energicznego ruszenia mózgownicą co przy temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza nie będzie łatwe. Tym bardziej, że film o którym chciałbym napisać, można równie dobrze podsumować trawestacją hasła reklamowego pewnego piwa: „Primer- prawdopodobnie najtrudniejszy film na świecie”.

Plakacisko.

Swego czasu na forum filmowym gazeta.pl furorę robił wątek o filmach, których użytkownicy z jakiś powodów nie zrozumieli. Gdyby tak zastanowić się nad takowymi obrazami, oglądanymi zresztą czasami wieki temu, lista uzbierałaby się całkiem spora. A to „21 gramów” Innaritu, a to „Pillow Book” Greenawaya, ostatnio zaś kinomanów zaatakował Charlie Kauffman, swoim zawiłym i faktycznie niesamowicie trudnym filmem „Synecdoche, New York”. Śmiem jednak twierdzić, że w przypadku omawianego przeze mnie „Primera” mamy do czynienia z zupełnie innym, nowym i świeżym motywem w kinie. Otóż rzeczony obraz przypomina precyzyjną logiczną łamigłówkę i przeznaczony jest dla widza, który lubuje się w oglądaniu jednego filmu po 7-10 razy. Tylko bowiem po odpowiedniej ilości seansów można zrozumieć o co dokładnie chodziło twórcom „Primera”.

 

Domowe laboratorium.

Domowe laboratorium.

Od razu zastrzegam: ten wpis w żadnym wypadku nie ma na celu powiedzenia o czym dokładnie jest ten film, a pomyślałem go jako swoistą reklamę tego niesamowitego obrazu. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że samo przedsięwzięcie ma charakter wybitnie offowy, dość powiedzieć, że na cały film wydano około 7000 dolarów. Reżyser „Primera” Shane Carruth, mający naturalnie wykształcenie inżynierskie, zapewne korzystał obficie ze starego domowego sprzętu i własnego domu. Sam twórca zresztą zagrał w filmie jednego z dwójki głównych bohaterów filmu: Aarona; w drugiego wcielił się bardziej znany David Sullivan(względną „sławę” zyskał jednak dzięki owemu, bardzo nietypowemu debiutowi). „Primer” otrzymał liczne nagrody na festiwalu w Sundance, w tym główne laury za najlepszy film i reżyserię. Oczywiście nie przełożyło się to na popularność filmu za granicą, w Polsce nie zainteresował się tym obrazem żaden mężny dystrybutor. Trudno się jednak dziwić…

Kolega na pytanie jak tam

Kolega na pytanie "Jak tam "Primer" powiedział kiedyś: "No, oni robili te lodówki..."

Pora wyjaśnić parę rzeczy tym, którzy jeszcze o tym filmie nie słyszeli. „Primer” to film z gatunku science- fiction traktujący o podróżach w czasie. Ci, którzy spodziewają się jednak mocno zbiedniałej wersji „Powrotu do przyszłości” rozczarują się mocno. Film Carrutha, poparty solidnym przygotowaniem od strony scenariusza i umiejętnie podawanymi informacjami z dziedziny nauk ścisłych jest chyba pierwszym filmem, który można nazwać w pełni realistycznym SF. Dwaj bohaterowie tego dziwacznego obrazu, Abe i Andrew konstruują przez przypadek swoisty wehikuł czasu, który co prawda nie potrafi ich przenieść w czasy Dzikiego Zachodu lub też dać sposobność do rozmowy z Mojżeszem, a pozwala na przeniesienie się w czasie o kilka godzin. Co naturalnie daje naszym bohaterom spore możliwości, a także powoduje kilka poważnych kłopotów znanych ze standardowych obrazów science-fiction, o tyle jednak bardziej skomplikowanych, że rozgrywają się one na kilku płaszczyznach czasowych...

Jedyna, skuteczna broń na

Jedyna, skuteczna broń na "Primera".

W „Primerze” rewelacyjny jest zarówno pomysł jak i jego realizacja. Lubimy filmy o podróżach w czasie? Lubimy! Mamy dość beznadziejnych realizacji dokładnie tych pomysłów co przed 10 czy 15 laty i chcemy czegoś odkrywczego w tym temacie? Jasne, i to do tego stopnia, że niejednokrotnie posilamy się takimi produkcjami jak choćby, również mało znana, „Częstotliwość”, która pomimo niby ogranej konwencji broni się jednak całkiem sprawną realizacją i paroma niezłymi pomysłami. „Primer” to jednak coś zupełnie innego, film w którym szczególnie zadbano o scenariusz kosztem wszystkiego innego (mogliby to sobie wziąć do serca rodzimi mistrzowie offowego kina, tworzący filmy komercyjne) i wyszło cudo. Dla wymagającego i cierpliwego widza.

Główna zagadka filmu...

Główna zagadka filmu...


No i właśnie owa cierpliwość z jaką należy podejść do dzieła Carrutha jest jednocześnie najbardziej kontrowersyjną kwestią jeśli idzie o podejście do całego przedsięwzięcia. Rozumiem bowiem widza, który powiada: „Zaraz, zaraz. Trudne filmy owszem, ale to już przesada. Ja bardzo dziękuję za film, który nie pozwoli wygodnie usadowić się w fotelu i nie da mi komfortu przez 1.5 godziny seansu”. Zważywszy na to; że wiele osób, które oglądały i tak jak ja podziwiają „Primera”; uważa, że sam film mocno wybiórczo traktuje wydarzenia ukazane w filmie, o niektórych dając znać tylko i wyłącznie w sekundowych epizodach. To dodatkowa trudność w rozszyfrowaniu tego co naprawdę wydarzyło się w tym obrazie, ale też trudno przypuszczać by dało się zrobić coś więcej w taki sposób by jednocześnie nie opowiadać całej historii.

My z kolegą blogerem mamy taką zbożną ideę by przysiąść przy tym filmie z kartką papieru i ołówkiem. Ale zwykle alkohol niweczy szczytne plany...

My z kolegą blogerem mamy taką zbożną ideę by przysiąść przy tym filmie z kartką papieru i ołówkiem. Ale zwykle alkohol(nawet w stosunkowo niewielkich dawkach) niweczy te szczytne plany...

Summa summarum muszę jednak przyznać, iż „Primer” zdecydowanie nie jest filmem dla mnie. Doceniam staranność scenariusza, o który zwykle tak mocno apeluję w różnorakich wpisach poświęconych filmom słabym, ale też ów film jest taką właśnie „sztuką dla sztuki”, dość niewygodną do tego. Kontynuując jednocześnie myśl rozpoczętą w pierwszym akapicie, należy też powiedzieć, iż trudno porównywać dzieło Carrutha do jakiegokolwiek innego „trudnego” filmu, bo też właśnie operują one zupełnie innymi środkami by wprawić w zakłopotanie widza. O ile np. we wspomnianym „Synecdoche New York” głównym problemem jest dziwaczna narracja i wielość nawiązań do różnorakich dzieł kultury, o tyle „Primer” stanowi swoistą łamigłówkę dla umysłów ścisłych, w której nie ma miejsca na interpretacje, niedopowiedzenia itp. Tak czy inaczej warto zapoznać się z tym pokracznym dziełem by zobaczyć jakie filmy potrafią kręcić ludzie za w sumie niewielkie pieniądze. Przy odpowiednim stężeniu pomysłowości w ekipie, oczywiście.

Ile razy przyjdzie nam oglądać tę scenę...

Ile razy przyjdzie nam oglądać tę scenę?

środa, 08 lipca 2009, rudestus0700

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
ihei
2009/08/16 16:23:47
Primer to w znacznym stopniu przerost formy nad treścią. Dobrze się stało, że ten film nie ma naśladowców i sequeli jak "Efekt motyla". Generalnie jednak ocena bardzo wysoka, za pomysł i wykonanie. Dodam od siebie, że ten film jest niemałym wyzwaniem dla łowców filmowych pomyłek.

Statystyki www