Blog > Komentarze do wpisu
District 9- o nietypowej inwazji.
Po niemal dwóch miesiącach od premiery trafił do naszych kin osławiony „District 9” debiutanckie dzieło 30-letniego Neila Blomkapa, któremu udało się w tym roku zrobić prawdziwą furorę. Przy wsparciu Petera Jacksona i ledwie 30 milionów dolarów zrealizował poważny film science fiction, który zbiera różne oceny co jak wiadomo w przemyśle filmowym jest oznaką sporego sukcesu. Odwieczne pytanie brzmi: czy jest to sukces zasłużony?

Plakacik

(Spojlery, spojlery, mnóstwo spojlerów) Na początku to co najbardziej lubimy: niewątpliwie mało znanemu dotąd Blomkampowi udało się to o czym wielu tylko marzy. Dostał wsparcie znakomitego twórcy jakim jest Peter Jackson no i zrobił film, na który wielu czekało z niecierpliwością. Pierwsza zasada marketingowa brzmi: musisz trafić z właściwym pomysłem we właściwy czas. A kiedy mieliśmy ostatnio jakiś film o najeździe kosmitów, który notowałby tak doskonałe oceny wśród krytyków, a przede wszystkim był w jakiejś tam mierze oryginalny? Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź choć ja osobiście powiedziałbym, że byli to „Faceci w czerni” z 1997 roku gdzie zwyczajowe „kino inwazyjne” zmieszano z dużą ilością czasami dość niewybrednego humoru i obraz ten się sprzedał. Ktoś pewnie na te słowa głęboko się obruszy i wspomni o „Wojnie Światów” Spielberga, ale dajmy z tym spokój, dobrze? Spielberg zrobił zwyczajnie wystawne widowisko wykorzystujące stare patenty tego gatunku, o żadnym nowatorstwie nie może być mowy. Nawet zaś ci, którzy film Blomkampa krytykują jednocześnie powtarzają za piewcami „Dystryktu 9”, że film ów jest niewątpliwie bardzo oryginalny. Temu musieliśmy się przyjrzeć z bliska…


Przybyli, zobaczyli, utknęli

Przybyli, zobaczyli, utknęli...

Ano Blomkamp proponuje nam oryginalną wersję kina, można by rzec, anty-inwazyjnego. Tak jak we wszystkich tego typu produkcjach zaczyna się bowiem od tego, że wielgachny statek kosmiczny zatrzymuje się akurat nad Ziemią. Widok tegoż jako żywo przypomniał mi o serialu „V”, który kiedyś recenzowałem z tą jednak różnicą, że tym razem przybysze średnio akurat trafili, bo zamiast przystanąć nad jakimś wielkim amerykańskim miastem z konieczności trafili na Johannesburg. Ludziska wkrótce odkrywają, że kosmici nie mają bynajmniej wrogich zamiarów, a po prostu ich statek zepsuł się i populacja przyjaciół z Kosmosu siłą rzeczy utknęła na jakimś zadupiu. Ponieważ sprawiają oni wrażenie biednych i wygłodniałych ludzie postanawiają stworzyć dla nich miejsce gdzie będą mogły normalnie funkcjonować. Rok za rokiem jednak mija i ludzie robią się coraz bardziej nieufni co do przybyszy, których pieszczotliwie określa się mianem „krewetek” i żąda natychmiastowego wysiedlenia na tereny, na których nie będą szkodzić ludziom. Dzięki głównemu bohaterowi filmu Vicusowi van de Merwe, który prowadzi akcję wysiedlania obcych dowiadujemy się naturalnie o prawdziwych powodach tak wielkiej gościnności rasy ludzkiej…

Mamy Cię!

Mamy Cię!

… które naturalnie są łatwe do odgadnięcia. Ale o tym za chwilę, bo na początku trzeba powiedzieć o kilku ważnych rzeczach. Film składa się jakby z dwóch części: pierwsza z nich jest zaznaczona przez paradokumentalną formę całego filmu. I ta część zdecydowanie robi najlepsze wrażenie choć też bardzo bym nie chciał by zbyt wielu poważnych ludzi wzięło na serio te wszystkie gadki o nietolerancji, „krewetkach”, wysiedleniach itp. bo jeśli stanie się inaczej już w tej chwili możemy zapisać jedno dodatkowe nazwisko na listę kandydatów do  przyszłorocznej Pokojowej Nagrody Nobla. Owszem te paradokumentalne kawałki wyglądają jak przebitki z newsów z miejsc krwawych konfliktów zbrojnych na szczęście jednak stanowi to tylko i wyłącznie tło całej historii. Twórcy nie próbują nam łopatologicznie wykładać kolejnej „lekcji tolerancji” i tu należy im się plus. Zaletą tego filmu jest też cała akcja „eksmitowania” kosmitów z ich domów, bo z jednej strony jest to niezwykle zabawne, szczególnie, że akurat w tym momencie grający Vicusa Sharlto Copley staje na wysokości zadania, zaś po drugie człek oglądając te scenki jakby mniej boi się komorników co można uznać za czynnik wzmacniający tylko komizm całej sytuacji.

To się nazywa humanitaryzm...

Twórcy filmu w ewidentny sposób wykorzystuje tego typu zagrywki...

No właśnie wszystko pięknie: obcy żyją sobie jak przysłowiowe żule spod monopolu, niektóre żebrzą o kocią karmę zaś niektóre radzą sobie jakoś w nowej sytuacji. Kwitnie handel i prostytucja międzygatunkowa na której rękę trzymają miejscowe gangi. Czar pryska jednak po wyjawieniu prawdziwych powodów tak wielkiej gościnności ludzi. A jest nim oczywiście nielegalne wykorzystywanie kosmitów do różnorakich badań, które w ostateczności mają doprowadzić do zapanowania nad ich bronią. I w tym momencie film traci jakikolwiek sens, bo pojawia się pytanie o to dlaczego w zasadzie kosmici dają się tak gnoić i poniewierać skoro mogą sprawy załatwiać w inny sposób. Wchodzimy w drugą część filmu, której nie da się określić inaczej jak tylko standardową nawalanką, przyznać trzeba jak na budżet tego filmu zrobioną dość dobrze. Nie będę zdradzać więcej szczegółów, bo czuję, że powiedziałem już i tak zbyt wiele: powiem tylko tyle, że walka toczy się oczywiście z jednej strony przejęcie broni Obcych, z drugiej zaś o powrót kosmitów na swój statek kosmiczny.

I takie też.

I takie też.


Zabawne, że jeśli ktoś chciałby zrobić z tych dwóch części po jednym filmie to każdy z nich miałby uzasadnienie. Oczywiście jeden z nich byłby standardową nawalanką, takimi „Żołnierzami Kosmosu” bez humoru. Drugi natomiast byłby z pewnością o wiele ciekawszy, bo poszedłby za pierwszą częścią tego filmu. Pęknięcie pomiędzy tymi dwoma częściami doskonale widać po formie całego filmu. Jak już wspomniałem bowiem „District 9” zaczyna się jak film dokumentalny i długo trzyma nas w takiej konwencji, później pojawia się „normalniejsza” część filmu czyli przygotowanie pod ową standardową nawalankę. No i gdzieś w środku znów twórcy serwują nam przebitki para-dokumentalne, jakby do końca nie mogli się zdecydować jaki film chcą kręcić. Z jednej strony zapewne ciężko było o dobrą historię, a przede wszystkim niekiczowatą, opartą o pierwszą część filmu, bo zapewne nie uniknęłaby ona taniej, wazeliniarskiej poprawności politycznej, z której naśmiewaliby się wszyscy, z drugiej zaś strony wiadomo, że kino science fiction rządzi się swoimi prawami i musi uwzględniać także stronę wizualną całej opowieści. Niestety ten rozdźwięk nie robi dobrze filmowi, już nie mówiąc o pęknięciach fabularnych, które już nieco naświetliłem, a także koszmarnej grze aktorskiej jakże przecież znamiennej dla tego typu niszowych filmów, które w dużej mierze bazują na mniej znanych aktorach lokalnych.

Finish him!

Finish Him!

A gdyby tak popuścić wodze wyobraźni i pozmieniać to i owo. W ogóle aż prosi się by akcję tegoż filmu przenieść jakieś 20 lat wcześniej, dbając naturalnie o stosowny anturaż i potraktować ten filmik jako swoisty prequel do niemal wszystkich wcześniejszych filmów inwazyjnych. Ot przylecieli kosmici, zaopiekowaliśmy się nimi, ale wkrótce okazało się, że wykorzystywane były do niecnych celów więc czmychnęły czym prędzej obwieszczając całemu Wszechświatu, że oto gdzieś hen w oddali jest planeta, której warto by pokazać gdzie raki zimują. Niewątpliwie „Dystrykt 9” to kolejny fenomen filmowy w tym sensie, że młodemu reżyserowi- znikąd właściwie- udało się nakręcić coś ożywczego w jednym z najmocniej chyba skostniałych filmowych podgatunków. Szkoda tylko, że twórcy nie pozostali wierni niezłej wizji początkowej i ze wszech sił starali się o to by zapędzić do kin tabuny małolatów zafascynowany kilkoma nowszymi grami komputerowymi…

Serce się kraje...

Serce się kraje...

niedziela, 11 października 2009, rudestus0700

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: arefski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/10/12 01:46:39
film o tyle ciekawy chociazby z tego wzgledu, ze nikt wczesniej nie zrobil z kosmitow totalnych imbecyli, dajacych sie eksmitowac i w pieprzajacych kocia karme. Inna sprawa, ze czesc paradokumentalna byla zdecydowanie ciekawsza. A i sama sytuacja byla byla analogiczna do apartheidu wiec nawet sam Johannesburg nie byl tu miastem przypadkowym. Po obejrzeniu traileru spodziewalem sie raczej mocnego sci-fi, opatulonego w apokaliptyczne krajobrazy i wizje, a dostalem calkiem cos innego. Film rozczarowal mnie, mimo ciekawego i niespodziewanego poczatku.
-
ihei
2009/10/12 23:11:57
Odwołanie do "Facetów w czerni" i "Wojny światów" jest bardzo słuszne, ponieważ "District 9" opowiada tą samą historię z przeciwnej perspektywy. W ramach komedii z Willem Smithem oglądaliśmy kpinę z mitów o kosmitach ale i z działalności zolli i urzędu ds. emigracji. Film Spielberga mówi o Holocauście. "Dystrykt 9" opowiada o apartheidzie i jego biegunowości. Piszący tą recenzję może nie wiedzieć, ale od osób, które mieszkały w RPA dowiedziałem się, że tam można być tylko białym rasistą, albo czarnym rasistą i wraz z przepływem władzy, zmienia się kierunek przemocy. Te osoby uciekły z RPA przed prześladowaniami na tle rasistowskim.

Czy kosmici to imbecyle, jak powiada przedmówca? Oni są po prostu w obcym środowisku i nie rozumieją co się dzieje. Głodują i grzebią w śmietnikach by przetrwać. Kocia karma to prawdopodobnie najbliższe ich naturalnej diety pożywienie jakie są w stanie zdobyć. Dysponują zaawansowaną bronią, ale nie koniecznie potrafią albo chcą jej używać. To normalne ludzkie sytuacje, które są rzadkością w filmach (trzeba było, aż kosmitów, żeby je pokazać).

Dystrykt 9 miał potężny marketing, co prowokuje do zaniżenia oceny, ale byłoby to niesłuszne. To kawał niezłego kina, który niepotrzebnie przepompowano sensacją. Ta niekoherencja stylistyczna jest korzystna komercyjnie, ale na dłuższą metę okaże się marnotrawstwem znakomitych pomysłów.
-
Gość: Kot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/10/18 02:35:35
Polecam obejrzeć "Alive in Joburg".

Statystyki www