Widz normalny wychodzi. Widz kultowy zostaje!
Blog > Komentarze do wpisu
O Dolphie Zdobywcy- Showdown in Little Tokyo
Ponieważ kolega ostatnimi czasy zapowiadał teksty mające być od początku solą (i maczetą) naszego bloga chcąc nie chcą nie mogę być gorszy. Z głębin VHS-owych czeluści wyciągam tym razem prawdziwy klasyk: „Showdown in Little Tokyo” i powodowane jest to tym razem nie tylko chęcią przypomnienia tego zacnego filmu, ale także wyniesieniem na nasze skromne ołtarze niezwykłego aktora- Dolpha Lundgrena.

Posterzysko.

Powiedzmy sobie jasno- Lundgren to swego rodzaju fenomen, o wiele większy jeśli wziąć pod uwagę wyjątkową- jak dla mnie- polską sytuację.  Utarło się bowiem sądzić w naszym kraju, że młody człowiek stoi przed wyborem: może być z jednej strony dziamdziowatym intelektualistą lub też lekko przygłupawym sportowcem. Bo przecież, jak mawia młodzież w kraju gdzie lekcje WF-u zastępuje się jakże potrzebnymi godzinami religii (co najlepiej chyba tłumaczyć tak, że mistrzów olimpijskich czy medalistów różnych championatów, nie mówiąc już o piłkarzach, musimy sobie zwyczajnie wymodlić): „stanąłeś w kolejce po wzrost,  na rozum już było za późno”. Jeśli przez chwilę poważnie potraktować tę sentencję w przypadku Lundgrena należałoby założyć, że facet pierwszy opracował model teleportacji z jednego krańca niebios na drugi albo po prostu wynalazł zawód stacza kolejkowego. Wzrost i odpowiednia budowa ciała- jest, inteligencja- wzięte. Oprócz tego bowiem, że boski Dolph od 14 roku życia trenował karate zdobywając po drodze kilka zacnych tytułów jasnowłosy potomek Wikingów studiował także matematykę, fizykę i chemię, kończąc naukę z wyróżnieniem, które pozwoliło mu na podjęcie studiów na słynnym MIT. Ten niezwykły mix naturalnie domaga się zdecydowanego komentarza nas (czytaj mnie) ludzi cherlawych i anemicznych: „Ha, ale grać to on nie potrafi!”.

Na wypadek gdyby ktoś chciał dowcipy zacząć układać...

Na wypadek gdyby ktoś chciał dowcipy zacząć układać...

Cóż z tego, że Dolph grać nie potrafi, bo też ciężko sobie wyobrazić wyjście po za jego aktorskie emploi, skoro człek to inteligentny, który do serca wziął sobie najważniejszą dla mężczyzny maksymę życiową, przy której millerowskie zawołanie o „mężczyźnie kończącym” brzmi jak kolejny odcinek Misia Uszatka: „Mężczyzna powinien znać swe ograniczenia”. I tak Dolph którąś już dekadę tłucze podobne do siebie role, które jednocześnie zapewniły mu obsadę w różnych, często bardzo znanych filmach . „Uniwersalny żołnierz”, „Rocky 4” czy też „Johny Mnemonic” to obrazy, które utrwaliły się w pamięci każdego niemal kinomana. Inna sprawa jednak to fakt, że przy całej swej drewnianej posturze i sztucznym uśmiechu (resentyment przeze mnie przemawia…) Dolph to facet z niewątpliwie wielkim poczuciem humoru. Kto nie wierzy, niech zobaczy choćby „Masters of the Universe”, do którego recki pewnie pali się współblogowicz, a także film, o którym napisać chciałbym kilka słów.

Z bronią mu do twarzy.

Z bronią mu do twarzy.

Jak łatwo się domyśleć, a jeśli nawet nie łatwo to z pomocą przychodzi wujek google, akcja tego filmu toczy się w Los Angeles, w japońskiej dzielnicy gdzie rządzi Yakuza, która chce wprowadzić na rynek nowy narkotyk zwany Cold Ice. Sprawą dostaw narkotyku zajmuje się detektyw Kenner (nasz drogi Dolph) , który odkrywa, że szefem całej organizacji jest okrutny Funekei Yoshida (Cary-Hiroyuki Tagawa). Ten sam człowiek, który przed laty zamordował jego rodziców. Oczywiście w fabułę całego filmu musi zostać wpisany jeszcze walkę obu wyrazistych bohaterów o kobietę, Minako (Tia Carrere). Kenner wraz ze swym nowym, a jakże, partnerem Johnnym Muratą bronią palną i mieczem wycinają sobie drogę na sam szczyt przestępczej organizacji ku upragnionej przez wszystkich końcowej walce Kennera z Yoshidą...

A partner wiedział co się święci...

A partner wiedział co się święci...

Wielu z Was pewnie czeka na odpowiedź: jak z takiej mocno zbiedniałej zupki z pokrzyw zrobić znakomity film, który za każdym razem będzie się dobrze oglądało. Ano składników jest kilka. Po pierwsze, twórcy tego filmu zdecydowali się na lekką przewrotkę w fabule. A mianowicie dość niespodziewanie mający zdecydowanie azjatyckie rysy Murata, grany przez słynnego Brandona Lee, niezbyt wiele wie o japońskiej tradycji, po której przewodnikiem staje się Kenner, wychowany w Japonii. Na pierwszy rzut oka może to śmieszyć, ale okazuje się, że w dłuższej perspektywie jest to wybór dobry, bo po pierwsze nieco odwraca to utarte schematy fabularne, zaś po drugie zapewnia kilka zabawnych scenek więcej. Brawa należą się także twórcom za dobór aktorów. Dolpha akurat obsadzić łatwo, sprawdza się również Lee. Tagawa idealnie nadaje się do roli czarnego charakteru, no i wspomnieć trzeba o ładnej Tii Carrere, choć naturalnie rozwiejmy wszelkie wątpliwości: przesadnych popisów aktorskich z jej strony nie uświadczymy. Choć z drugiej strony wiadomo co kto ma na myśli?

Chcą ich popieścić prądem.

Chcą ich popieścić prądem.

Przechodząc jednak do głównego atutu „Showdown In Little Tokio”: wielkie używanie mieli zapewne autorzy kapitalnych dialogów do tego filmu. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: jak stworzyć idealny pierwszy dialog dwójki głównych oponentów? „Widzieliśmy się już kiedyś?”- rzecze zły, na co dobry odpowiada: „Ostatnim razem kiedy cię widziałem twoja twarz była symetryczna” i pokładamy się ze śmiechu, bo dobrze wiemy czym mały Kenner wywijał. Nawet jeśli dialog wydaje się drętwy to po 25 minutach zrozumiemy dlaczego był taki, a nie inny. Liczne gierki słowne powinny zadowolić nawet tych, których nieco rozpieścił znakomity „Jack Frost”, o którym kiedyś pisał mój szanowny kolega. Speaking of „Jack Frost”: końcowa scena śmierci Yoshidy spokojnie może rywalizować z tymi frostowymi, które jak pamiętam współblogowicz autorytarnie nominował do Oscara…

"Nabroiło się..."

Powiedzieć należy jeszcze o jednym: cały film trwa zaledwie 75 minut, a co za tym idzie napakowany jest kaskaderskimi popisami (czasami zupełnie nieudanymi- puszczam oko do tych, którzy lubią śledzić filmowe wpadki choć zapewne dobrze wiedzą o co chodzi), efektownymi walkami i kapitalnymi dialogami, a przy tym jak się wydaje twórcy „Showdown in Little Tokyo” wierni byli najświętszej zasadzie, sformułowanej przez mistrza Wściekłego Węża o „unikaniu niepotrzebnych walek”. To dobrze robi filmowi, który jest dzięki temu zbilansowany, ani przez moment nie nudzi i z pewnością inteligentny widz znajdzie w nim coś dla siebie. Gorąco polecam!

Koło Fortuny.

Koło Fortuny.

niedziela, 25 października 2009, rudestus0700

TrackBack
TrackBack URL do notki:

Statystyki www