Blog > Komentarze do wpisu
Mój księżycowy pech- Moon Duncana Jonesa
Odpocznijmy trochę od Dzikiego Zachodu i ciemnych spraw jego zajmując się zaliczaniem pozycji na nieistniejącej liście filmów, które od jakiegoś czasu chciałem obejrzeć. Miło mi poinformować państwa (choć po prawdzie żadna to nowość), że ten rok zdecydowanie filmami science fiction stoi. Było o „Dystrykcie 9” teraz pora na „Moon”.

Plakacior.

Paradoks. O tym filmie należałoby zapewne napisać notkę tak skromną jak to tylko możliwe, najlepiej w zasadzie byłoby ograniczyć się do sformułowania „Polecam. Dobry film”, a z drugiej strony nie sposób tego zrobić z jednego prostego powodu. Film ten prawdopodobnie nie wejdzie do kin, co skazuje go rzecz jasna na status internetowej ciekawostki, którą być może- choć to raczej rzecz niepewna- będzie można kupić na DVD. A tymczasem debiutanckie dzieło Duncana Jonesa zbiera bardzo pochlebne opinie i wysokie noty. Wyznacznikiem jakości  może być choćby to, iż obraz ten ma wyższe oceny na serwisie imdb.com niż rodzimym filmwebie. Naturalnie żadna to złośliwość, ilekroć jednak obcuję z tego rodzaju filmem mam wrażenie, iż nawet jeśli mi się on nie spodoba to przynajmniej będę wiedział czemu innym się on podobać może (w większości przypadków oczywiście) choć jest to z pewnością temat na zupełnie inną notkę…

Dziczeje człek w tym kosmosie

Dziczeje człek w tym kosmosie.

Paradoks zarysowany na początku tego wpisu da się wyjaśnić raz jeszcze za pomocą przykładu, naturalnie jak to zwykle bywa „z życia wziętego”. Otóż trzeba Wam wiedzieć, iż Wasz uniżony sługa piszący te słowa ma pewien problem, dość wstydliwy przyznać trzeba, a mianowicie- co prawda z roku na rok coraz rzadziej, ale jednak- potrafię znienacka chlapnąć w towarzystwie tzw. spojlera. Tak, to właśnie ja namówiłem kilka osób do czytania „Władcy pierścieni” jednocześnie w pewnym momencie wyjawiając, że z tą śmiercią Gandalfa w pierwszym tomie to nie było tak do końca jak się wydaje… Oto znów poleciłem koledze serial „Dexter” nieświadomie wyjawiając jakiś drobny szczegół, który jednak spowodował, że kolega kategorycznie zapowiedział, że więcej ode mnie filmów nie weźmie jeśli znów coś podobnego chlapnę… I tak dalej, i tym podobne. Myślicie: „Katastrofa! Gacek- curiosity killer!”, ten czy ów pewnie powie, że takiemu to nawet jedzenie czosnku niepotrzebne i pewnie zresztą miałby on rację gdyby nie malutki szczegół na jaki natrafiłem podczas takowych badań dotyczących rozumu ludzkiego…

Space 2009

Space 2009

Otóż widownię można podzielić zasadniczo na dwa zbiory wedle tego jakie pytanie mogłoby przyświecać ludziom oglądającym dany film. Ci którzy prawdopodobnie już ze mną nie rozmawiają zapytywaliby zapewne: „Co?”. Inna jest jednak grupa, dla których sama fabuła nie ma tak wielkiego znaczenia. Oto są pewni ludzie, którym opowiadam o pewnym obrazie, pomny moich słabostek zatrzymuję się w odpowiednim miejscu i słyszę pytanie: „I co dalej?”. Odpowiadam na to grzecznie: „No dobrze, ale jeśli ci powiem to nie będzie ciekawe…”, na co następuje: „No weź gadaj, nie mędź mi tu…”. Można by posądzić takiego jegomościa tudzież damę o pewną drogę na skróty: nie chce mu/jej się oglądać to inny mu opowie to co się tam wydarzyło. Z drugiej jednak strony tacy ludzie tuż po mej opowieści czym prędzej biorą się za oglądanie omawianego filmu. Bo pytanie „Jak?” ich najbardziej frapuje. Otóż wydaje mi się, że „Moon” jest właśnie takim filmem, w którym ta druga kwestia ma kluczowe znaczenie, zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nie sposób oglądać tegoż obrazu mając w głowie tylko pytanie „Co?”.


Z drugiej strony to by bardzo ułatwiło życie...

Z drugiej strony to by bardzo ułatwiło życie...

Fabuła bowiem nie jest przesadnie skomplikowana, a wręcz można ją streścić w kilku słowach czy też po prostu wyrażeniach: księżyc, baza kosmiczna, samotny kosmonauta, który niedługo ma wrócić na Ziemię. Mało tego: główna intryga fabularna tego filmu zostaje rozwiązana tak szybko, że widz, który podszedł do seansu mając w głowie tylko i wyłącznie pytanie: „Co?” poczuć się może wręcz oszukany, a przez całą następną godzinę będzie tylko ziewał lub poprawiał poduszkę. A jednak wypada powiedzieć, iż "Moon” absolutnie mnie nie znużył choć prawdę mówiąc faktycznie fabuła jest aż za prosta. Wszystko sprowadza się jednak do klimatu, a także pewnego rodzaju zabawy z widzem, który widział już przynajmniej kilka takich filmów…

"Zamienię cieeeebie na lepszy model..."


Prawdę mówiąc zaraz po obejrzeniu „Moon” można się zdziwić, że film ten kosztował marne 5 milionów dolarów, ale też mówię to z pozycji widza, który niezbyt dobrze zna się na technice, efektach specjalnych i tego typu sprawach. Mogę jeno zakrzyknąć jak te babcie kiedyś co się dziwowały, że tak wielcy ludzie mieszczą się w tak małym pudełku. Takie rzeczy dziś się robi, panie dziejku! I nie chodzi tu o jakieś statki kosmiczne, wybuchy i inne takie atrakcje-jakich uprzedzając nieco widza, który jeszcze „Moon” nie widział w filmie zwyczajnie nie ma- ale raczej o piękne zdjęcia i doskonałą charakteryzację Księżyca przyszłości, które sprawiają, że film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Znakomicie współgra z obrazem świetna muzyka Clinta Mansella.  Naturalnie można ją uznać za wtórną i nieco już opatrzoną (czy też raczej osłuchaną), ale jako zwolennik niemal wszystkich filmów Darrena Aronofsky’ego mogę tylko przyklasnąć; podczas seansu przypomniało mi się „Źródło”, które to bardzo lubię więc jak dla mnie nie może być lepiej.

Bardzo fajna scena...

Bardzo fajna scena...

Powiedziałem o niemal szkieletowej fabule jednocześnie lekko sugerując, że ten film w pewnej mierze jednak widza zaskakuje czy raczej, lepiej byłoby powiedzieć, wodzi za nos. I owszem wydaje mi się, że tak jest i istotą rzeczy są tu umiejętnie podawane sceny czy też motywy, które w oczywisty sposób nawiązują do innych sławnych filmów tego typu. Komputer GERTY, który od razu nasuwa nam skojarzenie z „Odyseją Kosmiczną” Stanley Kubricka jednocześnie każąc nam się zastanawiać czy cała ta intryga nie jest przypadkiem znowu wymyślona przez „zły” komputer, który w dodatku informuje rozmówcę o swych humorach poprzez znienawidzone tu i ówdzie emotki. Omamy głównego bohatera znów przywodzą na myśl „Solaris” Lema/ Soderbergha i znów zastanawiamy się nad tym czy  twórcy nie poszli przypadkiem w tamtą stronę. To doskonale współgra z dość prostą fabułą, która zasadza się mimo wszystko na całkiem ciekawym pomyśle spotkania z samym sobą, „innym” sobą. Nie chcę zresztą zbyt wiele mówić, bo interpretacja to rzecz  indywidualna, a niektórzy pomyśleć wręcz mogą, że film jest jej nie wart. Ci jednak moim zdaniem jednak się mylą.

Jednosobowy mecz w ping-ponga.

Jednosobowy mecz w ping-ponga.

I to wszystko stworzone przy pomocy wspomnianych 5 milionów dolarów i zaledwie kilku aktorów, bo o nich wspomnieć trzeba także. Oczywiście głos Kevina Spacey pozna niemal każdy, ale też z oczywistych względów pierwsze skrzypce gra tu Sam Rockwell, aktor może mniej znany, którego jednak darzę jakąś nie do końca zrozumiałą sympatią, prawdopodobnie dzięki kilku dobrym filmom, w których wystąpił (a choćby „Niebezpieczny umysł” czy też „Choke”). Zagrać dwie postacie, różniące się od siebie to zawsze sztuka, z której aktor wybrnął, dzięki czemu zresztą cały film można ocenić jeszcze wyżej. Nie jest to być może wielkie dzieło sztuki, ale niewątpliwie pozycja ciekawa, która powinna zadowolić fanów klasycznej space-opery w takim samym stopniu jak „Dystrykt 9” zadowolił amatorów kina inwazyjnego. Ładny, mądry film, dość prosty, ale wciągający.

Matko Ziemio...

sobota, 21 listopada 2009, rudestus0700

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: makor, *.adsl.inetia.pl
2009/12/15 01:45:20
Raczej astronauta a nie kosmonauta ;p
O taka pierdółka.

Statystyki www